Tak, wiem. Brzmi jak coś, co mówi się co najmniej trzy razy w życiu, zanim faktycznie stanie się prawdą. Ale tym razem to nie jest kolejny „projekt w toku”, „prawie gotowe”, „jeszcze tylko poprawki”. Tym razem to jest koniec. Kropka. Finito. Można odetchnąć. (Na chwilę, bo przecież zaraz zacznie się coś nowego…)
Skąd w ogóle ten pomysł?
Pomysł na książkę dla dzieci nie spadł na mnie nagle jak olśnienie pod prysznicem. On raczej… sączył się powoli. Dojrzewał. I trochę mnie męczył.
Chciałem stworzyć coś dla mojego syna. Coś, co pomoże mu zmierzyć się z jego lękami. Coś, co będzie nie tylko historią, ale też wsparciem. Taki mały, papierowy sojusznik w walce z dziecięcymi potworami (tymi spod łóżka i tymi w głowie).
Problem w tym, że życie, jak to życie, postanowiło być szybsze ode mnie.
Mój syn … poradził sobie z tymi lękami, zanim ja zdążyłem skończyć książkę.
Także tego. Trochę ironia losu. Piszesz książkę terapeutyczną, a pacjent już zdrowy.
Chaos twórczy, czyli „to jeszcze nie to”
Jeśli ktoś myśli, że pisanie książki wygląda tak:
siadasz → masz pomysł → piszesz → koniec
to mam złą wiadomość.
U mnie wyglądało to bardziej tak:
pomysł → zmiana pomysłu → wyrzucenie pomysłu → nowy pomysł → „to jest świetne!” → po tygodniu „co ja w ogóle napisałem?” → kolejna zmiana
Historia zmieniała się wielokrotnie. Postaci ewoluowały. Jedne znikały, inne się pojawiały. Czasami miałem wrażenie, że bohaterowie prowadzą własne życie, a ja tylko próbuję nadążyć.
Były momenty, kiedy miałem ochotę zamknąć cały projekt w folderze o nazwie:
„projekty_do_których_nigdy_nie_wracam_final_v7_ostateczny”
Ale coś mnie jednak ciągnęło dalej.
Wreszcie: konkrety
W pewnym momencie (nie pytajcie którym, sam nie wiem) wszystko zaczęło się układać.
Pojawił się:
- spójny pomysł,
- sensowna historia,
- bohaterowie, którzy mają charakter (a nie tylko imię).
Zacząłem projektować postaci. Szkice, poprawki, kolejne szkice, jeszcze więcej poprawek. Klasyka.
Powoli budowałem ich wygląd, osobowości, relacje. W końcu miałem coś, co można było nazwać „światem tej książki”.
I wtedy zrobiłem coś szalonego.
Zacząłem … pisać.
Treść ponad wszystko
W tej książce najważniejsza była dla mnie treść. Nie efekty specjalne, nie „ładne obrazki”, tylko historia, która coś daje.
Dlatego skupiłem się głównie na pisaniu.
Ale, nie ukrywajmy, chciałem też nie spędzić nad tym kolejnych 10 lat.
Wchodzi AI, całe na biało
Postanowiłem więc skorzystać z pomocy AI.
Tak, dokładnie. Mój własny asystent. (Nie, nie robi kawy. Jeszcze.)
AI pomogło mi:
- dopasować styl do wieku czytelnika,
- uprościć niektóre fragmenty,
- czasami podsunąć inne spojrzenie na scenę.
Pomagało też przy ilustracjach.
ALE.
I to jest ważne.
Każda ilustracja i tak przechodziła przez moje ręce.
Czasami poprawiałem detale. Czasami zmieniałem pół obrazka. A czasami … robiłem wszystko od nowa, patrząc na AI i myśląc:
„dzięki, ale jednak nie.”
Więc tak – AI było wsparciem, nie zastępstwem.
Pierwszy test (czyli najważniejszy recenzent świata)
Pierwszą wersję książki przeczytałem synowi … na tablecie.
I co?
Spodobała mu się.
To był moment, w którym pomyślałem:
„okej … może to nie jest takie złe”
A zaraz potem:
„może innym dzieciom też się spodoba?”
I wtedy zrobiło się poważniej.
Poprawki, poprawki i jeszcze trochę poprawek
Wprowadziłem zmiany. Dopracowałem historię. Doszlifowałem detale.
Chciałem przeczytać mu wersję finalną.
I wtedy usłyszałem coś, co zmieniło wszystko:
„Wolę czytać z książki niż z tabletu.”
No i… no i nie było dyskusji.
Moment decyzji
Skoro i tak muszę ją wydrukować…
to może…
MOŻE JEDNAK JĄ WYDAĆ?
Problem: brak budżetu na tradycyjne wydanie.
Rozwiązanie: selfpublishing.
Czyli: InDesign i walka z rzeczywistością
Nie pozostało nic innego jak:
- złożyć książkę w InDesignie,
- ogarnąć formaty, marginesy, spady (czyli rzeczy, które nagle stają się bardzo ważne o 2 w nocy),
- przygotować wszystko do druku.
A potem…
wrzucić na Empik Selfpublishing.
Klik.
I poszło.
I co teraz?
Teraz zaczyna się zupełnie nowy etap.
Bo napisanie książki to jedno.
Ale wypuszczenie jej w świat to zupełnie inna historia.
Trochę ekscytująca.
Trochę stresująca.
Trochę absurdalna (bo serio – ktoś obcy może to przeczytać).
Ale przede wszystkim … satysfakcjonująca.
Podsumowując
Ta książka:
- zaczęła się jako pomoc dla mojego syna,
- zmieniała się dziesiątki razy,
- była testem cierpliwości,
- i ostatecznie … stała się czymś większym.
Czy była idealna? Nie.
Czy jestem z niej zadowolony? Tak (choć pewnie jak przeczytam za jakiś czas to stwierdzę, że połowę bym zniemił ;)).
Czy zrobiłbym to jeszcze raz?
…zapytajcie mnie za miesiąc.
Na razie idę odpocząć. Albo zacząć nowy projekt. Jeszcze nie zdecydowałem.
Jakbyście byli zainteresowani … zapraszam tutaj → Empik









