Chyba napisałem książkę dla dzieci

Miało być niewinnie.

Naprawdę.

Miałem po prostu napisać coś dla mojego syna.
Jakąś historię. Coś fajnego. Coś z przygodą, magią, emocjami i bez przesadnego moralizowania w stylu „a teraz dzieci usiądźcie w kółeczku i porozmawiajmy o uczuciach”.

No i oczywiście skończyło się jak zwykle.

Czyli nie na „jakiejś historii”, tylko na czymś, co chyba jest książką dla dzieci.
Albo opowiadaniem … krótszą powieścią … a może po prostu twórczym problemem, który sam sobie elegancko wyhodowałem.

Tak czy inaczej – jest historia.

I nie, nie pisałem jej po to, żeby zrobić z siebie „autora literatury dziecięcej”, który za chwilę zacznie wrzucać zdjęcia z kubkiem herbaty i podpisem:
„tworzenie płynie przeze mnie”.

Napisałem ją dla mojego 7-letniego syna, bo chciałem dać mu coś więcej niż tylko kolejną opowieść „kto uratuje świat i ile przy tym wybuchnie”.

Chciałem napisać historię o tym, że:

  • każdy się czegoś boi,
  • że można być cichym, nieśmiałym, dziwnym, szalonym,
  • że nie każdy musi być od razu małym liderem zespołu juniorów,
  • i że można mieć swoje słabości, lęki, zawahania i wewnętrzne „o nie, absolutnie nie”, a mimo to nadal być kimś ważnym, wartościowym i wyjątkowym.

Bo dzieci, podobnie jak dorośli, tylko jeszcze bez Excela i bólu kręgosłupa, też próbują zrozumieć, kim są i czy „tak jak są” to aby na pewno wystarczy.

I właśnie o tym jest ta historia.

O chłopcu, który nie jest najgłośniejszy.
Nie jest najbardziej przebojowy.
Nie wchodzi do pokoju z energią przyszłego influencera motywacyjnego.
Jest bardziej tym typem, który woli stać z boku, słuchać i niekoniecznie zgłaszać się pierwszy do czegokolwiek, zwłaszcza jeśli to „cokolwiek” wymaga mówienia przy innych ludziach. Czyli generalnie: bardzo rozsądne dziecko.

I właśnie taki bohater trafia do historii, w której okazuje się, że to, co świat często uznaje za „za mało”, może być dokładnie tym, co jest potrzebne.

Brzmi mądrze?
Tak.
Czy planowałem to aż tak?
Oczywiście, że nie.

To miało być po prostu coś fajnego do czytania.
A potem, jak to zwykle bywa, projekt postanowił sam się rozepchać łokciami i powiedzieć:
„dzień dobry, teraz będę czymś większym”.

Bo nie skończyło się na samym tekście.

Nie.
Ja oczywiście musiałem pójść dalej i z rozpędu zacząć robić też:

  • projekty postaci,
  • pierwsze wizualne pomysły świata,
  • i wstępne ilustracje na okładkę.
Wsępny projekt postaci

Czyli klasyczny przypadek twórcy, który nie potrafi po prostu zrobić jednej rzeczy, tylko od razu musi sobie zorganizować pełnoprawny, czasochłonny i finansowo podejrzany projekt autorski.

I tu pojawia się ten moment, w którym zaczyna do mnie docierać, że … ja chyba naprawdę chcę to wydać.

Tak serio.

Nie „może kiedyś”.
Nie „fajnie by było”.
Tylko naprawdę dać temu formę książki.

Co oczywiście jest pomysłem doskonałym, jeśli:

  • ma się dużo wolnego czasu,
  • dużo pieniędzy,
  • cierpliwość,
  • zespół ludzi,
  • i najlepiej jeszcze magiczny portal do alternatywnej rzeczywistości, gdzie doba trwa 37 godzin.

Ja tymczasem mam:

  • szkice,
  • tekst,
  • chęci,
  • zmęczenie,
  • i artystyczną bezczelność, która mówi mi:
    „rób to, a potem jakoś się będziesz martwił”.

A wydanie takiej rzeczy to nie jest tylko napisanie historii.

To jest jeszcze cały piękny pakiet atrakcji:

  • ilustracje,
  • poprawki,
  • redakcja,
  • skład,
  • dopieszczanie,
  • poprawianie tego, co już poprawione,
  • i ten etap, kiedy człowiek patrzy na jeden przecinek przez 40 minut i zaczyna kwestionować sens alfabetu.

A potem dochodzi jeszcze ten cud świata współczesnego:

Czyli:
marketing, promocja, reklama, algorytmy, internetowe tańce godowe twórców i to przyjemne uczucie, kiedy robisz coś od serca, a potem musisz jeszcze nauczyć się, jak to sprzedać, żeby nie brzmieć jak sprzedawca kursu „uwolnij swoją kreatywność w 7 krokach”.

Więc tak …
mam ochotę to wydać.

Ale też wiem, że sam proces będzie pięknym połączeniem:

  • braku czasu,
  • braku funduszy,
  • nadmiaru pomysłów,
  • i mojej niezdrowej tendencji do dokładania sobie kolejnych autorskich projektów, zanim poprzednie zdążą się porządnie rozsiąść.

Jeśli więc chcesz wesprzeć mnie w tej nierównej walce z rzeczywistością, deadline’ami, kosztami i moją twórczą potrzebą robienia rzeczy, które zdecydowanie nie są logistycznie rozsądne — możesz postawić mi kawę.

A mówiąc bardziej uczciwie:

👉 możesz pomóc mi dowieźć tę książkę i inne moje autorskie projekty do końca.

Bo niezależna twórczość to bardzo romantyczna sprawa, dopóki nie trzeba za nią płacić.

Jeśli chcesz dorzucić cegiełkę (albo kofeinę), to tutaj:

Każda kawa realnie pomaga mi pchać to dalej:

  • pisać,
  • ilustrować,
  • projektować,
  • składać,
  • poprawiać,
  • i nie porzucić tego wszystkiego dla spokojniejszego życia w jaskini bez Wi-Fi.

Jeśli wszystko pójdzie dobrze, z tego „chyba napisałem coś dla dzieci” zrobi się prawdziwa książka.

A jeśli nie – to przynajmniej będę miał:

  • świetną historię,
  • fajne projekty postaci,
  • kilka nowych zmarszczek,
  • i bardzo osobistą nienawiść do składu publikacji.

Też dorobek.

Na razie jednak robię swoje.

Bo wygląda na to, że ta historia naprawdę zasłużyła na to, żeby wyjść z szuflady.

I szczerze?

Chciałbym ją dowieźć.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *